9/14/2017

Czego jeszcze nie wiesz o Ameryce?

Czego jeszcze nie wiesz o Ameryce?
     Ameryka to kraj ogromny, zróżnicowany, a przez to i bardzo interesujący. Dziś, bez zbędnych wstępów, bo sam post będzie dosyć długi, zapraszam Was na zestawienie dziesięciu osobliwości Ameryki z bardzo różnych dziedzin. Pokażę Wam 10 "naj-" Stanów Zjednoczonych i zobaczymy, jak bardzo uda mi się Was dzisiaj zaskoczyć!

Ale najpierw, zdjęcie całkiem przypadkowego kota z Internetu ;)

 Ok, to teraz już do rzeczy:

1. Najstarsza ulica

Choć różne miasta twierdzą, że to właśnie u nich znajduje się najstarsza ulica w USA, to jednak oficjalnie miano to należy się Elfreth's Alley w Filadelfii. Ulica powstała w 1702 roku i do tej pory znajdują się na niej 32 historyczne domy, zbudowane między 1728 a 1836 rokiem. Być może pamiętacię tę ulicę, ponieważ pisałam o niej nieco przy okazji naszego zeszłorocznego wyjazdu do Philly właśnie. Co ciekawe na Elfreth's Alley znajduje się dom, w którym można zamieszkać poprzez airbnb. Cena jest niemała, bo 200 dolarów za noc, ale jak patrzę na zdjęcia wnętrz, to chyba niejeden miłośnik amerykańskiej historii byłby w stanie się na taki wydatek pokusić...

fot. https://www.airbnb.com/rooms/7915643

2. Największy lęk

Ubiegłej jesieni kalifornijski Chapman Univerity opublikował zestawienie dziesięciu największych lęków Amerykanów. Podczas badania zapytano ponad 1500 Amerykanów w całych Stanach o przerażające zagadnienia z różnych kategorii. Podobnie jak w roku wcześniejszym, i tym razem okazało się, że Amerykanie najbardziej obawiają się korupcji w rządowych instytucjach. Na kolejnych miejscach znalazły się obawy dotyczące terroryzmu, problemów finansowych i utraty najbliższych.


Ciekawy element badania dotyczy też przekonania Amerykanów o prawdziwości teorii spiskowych. Jak się okazuje, aż 54% Amerykanów wierzy, że rząd ukrywa prawdę o atakach z 11 września 2001 roku. Właściwie to spodziewałabym się nawet wyższych wyników w tej sekcji. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło, to dosyć wysoki poziom przekonania Amerykanów, że rząd ukrywa również prawdę na temat... aktu urodzenia Baracka Obamy i niedawnej śmierci jednego z sędziów Sądu Najwyższego, Antoniego Scalii.


Jeśli jesteście ciekawi pozostałych wyników badania, to szersze omówinie znajdziecie TUTAJ. Ubiegłoroczne zestawienie było już trzecim corocznym badaniem, więc tej jesieni liczę na kolejne. Dam znać, co się zmieniło!

3. Najbardziej śmiertelna praca

Szybka zagadka: spośród wszystkich wykonywanych w Stanach Zjednoczonych prac, w której umiera prawie 18 procent osób wykonujących ów pracę? Ten, kto odpowiedział, że jest to prezydent Stanów Zjednoczonych, miał rację! Spośród dotychczasowych 45 prezydentów, aż ośmiu umarło w trakcie sprawowania urzędu. Czterech z przyczyn naturalnych, a czterech w wyniku zabójstw. Do ostatniego z zabójstw doszło w 1963 roku, a zabójstwo Johna F. Kennedy'ego wciąż jest pożywką dla miłośników teorii spiskowych. Zresztą, jak widzieliście w poprzednim punkcie, prawie połowa przepytanych Amerykanów uważa, że rząd ukrywa przed społeczeństwem informacje na temat tego wydarzenia.

4. Najwyższa góra świata

"Coooo?-pewnie teraz myślicie- przecież Mount Everest jest w Azji, każdy to wie!" Prawda, ale gdybyśmy tak chcieli mierzyć wysokości nie od poziomu morza, ale od poziomu... dna oceanu, to wtedy okazałoby się, że najwyższą górą świata jest Mauna Kea, położona na Hawajach. Choć ponad poziom morza wystaje jedynie 4205 metrów, to jej całkowita wysokość wynosi ponad 10 tysięcy metrów! Co ciekawe, Mauna Kea jest również bardzo starym (ponad 800 tysięcy lat), i już nie bardzo aktywnym wulkanem- ostatnia erupcja nastąpiła około 4,5 tysiąca lat temu. Nie ma się więc czego bać, można śmiało jechać i podziwiać!


5. Najgrubszy człowiek świata

Nie jest żadną tajemnicą, że Amerykanie jako naród zaliczają się do najbardziej otyłych na świecie. Nie zdziwi Was być może również fakt, że najgrubszy człowiek świata również pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Był to John Brower Minnoch, który ważył 635 kilogramów! Co ciekawe, było to jeszcze przed erą fast-foodów, bo Minnoch zmarł w 1983 roku, w wieku zaledwie 41 lat. Minnoch nie tylko był najcięższym odnotowanym człowiekiem, ale także osobą, która pobiła rekord utraconych kilogramów- przez 16 miesięcy restrykcyjnej diety zgubił ponad 400 kilogramów! Co ciekawe, spośród dziesięciu najcięższych odnotowanych na świecie osób, aż siedem pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. Coś jednak musi być w tym amerykańskim powietrzu.

6. Najchętniej kupowana płyta

Płytą, która zanotowała najwięcej sprzedanych egzemplarzy nie tylko w USA, ale i na całym świecie, jest "Thriller" Michaela Jacksona. To ten krążek, z którego pochodzą takie hity jak "Billie Jean", "Beat It", "Thriller" czy "The Girl is Mine". W samych tylko Stanach Zjednoczonych płyta sprzedała się w liczbie prawie 28 milionów, zyskując status 33 platyn, natomiast szacuje się, że na całym świecie mogło to być nawet 66 milionów sprzedanych egzemplarzy! Tuż za "Thrillerem" plasuje się krążek "Led Zeppelin IV" zespołu Led Zeppelin, natomiast pucharową stawkę zamyka Pink Floyd z "Dark Side of the Moon". Ech, kiedyś to była muzyka...


7. Najwyższy rollercoaster

Najwyższy żeliwny rollercoaster nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale i całego świata, to Kingda Ka, będący częścią parku rozrywki Six Flags Great Adventure w stanie New Jersey. Atrakcja ta sięga wysokości 139 metrów, a przy okazji, dochodząc do prędkości 206 km/h, jest także drugim co do prędkości rollercoasterem na świecie. Pomimo tych imponujących liczb, Kingda Ka nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia na Amerykanach- w 2015 roku znalazł się dopiero na 49. miejscu zestawienia najlepszych rollercoasterów magazaynu "Amusement Today" (pierwsze miejsce zajął wówczas Millennium Force znajdujący się w stanie Ohio). Dla porównania- pierwszy film to przejażdżka Kingda Ka, a drugi- Millenium Force.



8. Najchętniej odwiedzane muzeum

Szczerze mówiąc nigdy bym się tego nie spodziewała, ale najliczniej odwiedzanym muzeum w Stanach Zjednoczonych jest waszyngtońskie muzeum lotnictwa (The Smithsonian National Air and Space Museum)! Jeśli wierzyć zestawieniom, to w 2016 roku odwiedziło je 7,5 miliona osób, co postawiło je na drugim miejscu najchętniej odwiedzanych muzeów na świecie, tuż po Muzeum Narodowym w Pekinie i tuż przed paryskim Luwrem! Jak się okazuje, pomysł zabrania gości do muzeum lotnictwa w "Chłopaki nie płaczą" wcale nie był taki całkiem abstrakcyjny i nabiera teraz zupełnie nowego znaczenia;)


9. Najstarszy uniwerystet

Harvard University w stanie Massachusetts jest nie tylko najstarszym uniwersytetem w USA (został założony w 1636 roku), ale także jednym z najlepszych na świecie. I do tego- także najbogatszą uczelnią na świecie, z majątkiem ponad 37 mld dolarów! Wśród studentów różnych kierunków znaleźli się między innymi Bill Gates (który ostatecznie rzucił studia prawnicze), George W. Bush, Barack Obama (ukończył studia prawnicze z wyróżnieniem), Natalie Portman (studiowała psychologię), czy też Mark Zuckerberg, który właśnie w trakcie studiów stworzył Facebook'a. A w temacie wykładowców warto wspomnieć, że swego czasu na Harvardzie zajęcia z literatury prowadził sam Czeslaw Miłosz.

Wnętrze uniwersyteckie. Czyż nie jak z Harry'ego Pottera? :)
10. Najpopularniejsze rasy psów

Jeśli liczycie na jakieś niespotykane rasy, których nikt poza Amerykanami nie zna, to niestety, ale będę musiała Was rozczarować. Pierwsza trójka ulubionych ras psów wśród Amerykanów przedstawia się całkiem zwyczajnie: pierwsze miejsce zajmują labradory, drugie- owczarki niemieckie, a ostatnie miejsce na podium przypadło golden retrieverom. Wszystkie rasy diabelsko inteligentne i... całkiem spore gabarytowo, ale przy amerykańskich przestrzeniach nie jest to dziwne ;) Z ciekawości sprawdziłam, jak dla porównania ma się sytuacja w Polsce. I tak oto nad Wisłą prym wiodą owczarki niemieckie, za nimi są "yorki", a stawkę zamykają labradory.


I to tyle na dzisiaj. Powyższy post powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki "10 'naj' naszego kraju zamieszkania". Jeśli jesteście ciekawi relacji dziewczyn z innych krajów, zajrzyjcie tutaj. I dajcie koniecznie znać- co Was najbardziej zaskoczyło?





9/09/2017

Wakacyjne migawki, czyli gdzie byłam jak mnie nie było

Wakacyjne migawki, czyli gdzie byłam jak mnie nie było
     Jestem! Wróciłam! Żyję! Trochę mnie nie było, a w międzyczasie tak dużo się wydarzyło, że jestem chyba winna małe wyjaśnienia, co też właśnie czynię. A że i samych migawek nie było już pół roku (!!!),  to postanowiłam podrzucić Wam trochę zdjęć. Tylko uprzedzam, tym razem będzie wyjątkowo nieamerykańsko jak na ten chicagowski blog :)


    Jak część z Was pewnie wie z Fejsbuka, na początku lipca poleciałam na wakacje do Polski. Było niesamowicie intensywnie, jak to zazwyczaj na moich wakacjach, i te pięć tygodni urlopu minęło wyjątkowo szybko. Odwiedziliśmy kilka pięknych miejsc w Europie i chciałabym im poświęcić odrębne posty, bo w 100 procentach na to zasługują, ale dajcie mi jeszcze trochę czasu. Idzie zima, więc przyjemnie będzie wspominać lato ;)

Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie
 Ale po kolei. Wakacje rozpoczęliśmy od krótkiego pobytu w moim Szczecinie. Raptem cztery dni po przylocie byliśmy już w samolocie na Majorkę, by odwiedzić moją przyjaciółkę. Ja już miałam okazję na Majorce być, więc mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać, ale dla Daniela był to pierwszy raz i fajnie się czułam w roli takiego "trochę-przewodnika" :) 

Oryginalne, hiszpańskie tapas nie mają sobie równych!
Sa Calobra- miejsce, które pokochałam przy poprzedniej wizycie i musiałam tam wrócić!
Katedra w Palma de Mallorca
 Byliśmy w pięknych zakątkach wyspy, objedliśmy się tapas, opiliśmy sangrii i kilka dni później ruszyliśmy spełnić moje wieloletnie podróżnicze marzenie- polecieliśmy na Lazurowe Wybrzeże! Muszę przyznać, że lecąc tam, byłam pełna obaw- tyle lat oczekiwania na zobaczenie tego rejonu Francji, to i oczekiwania rosły, a tym samym bardzo nie chciałam poczuć się zawiedziona. Nic takiego się nie wydarzyło! Na Lazurowym Wybrzeżu spędziliśmy zaledwie kilka dni, ale wystarczyło mi by poczuć, że to tam właśnie powinnam mieszkać! Słońce, morze, język francuski, pyszne jedzenie- po prostu idealnie. Więcej opowiem Wam o tym w oddzielnym poście, bo już czuję, że zaczynam się za bardzo rozpisywać, jak na format migawek :) Dziś tylko kilka zdjęć, całą resztę zostawiam na później!
Eze- jedno z piękniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam!

Lazurowa woda w Monako. No filter needed.    
Pożegnanie z Niceą. Wrócę na pewno!
Z Francji wróciliśmy do Polski i zaraz na drugi dzień ruszyliśmy na Mazury do mojego dziadka. Tak naprawdę czas spędzony na Mazurach był jedynym tygodniem tych wakacji, kiedy miałam czas spokojnie usiąść i zwyczajnie... nic nie robić ;) Bardzo żałowałam jedynie jednej rzeczy- raptem półtora tygodnia przed moim przylotem do Polski zmarła moja ukochana babcia i nie mam słów, żeby opisać, jak bardzo mi jej wtedy brakowało i właściwie brakuje każdego dnia...


Z Ełku wróciliśmy do Szczecina, ale znów tylko na moment, bo za chwilę każde z nas jechało na "swój" festiwal- Daniel ruszył do Wolina na Festiwal Wikingów, a ja pojechałam na mój ukochany Woodstock. Jak zwykle był to cudownie spędzony czas i już myślę co by tu zrobić, żeby za rok znów udało mi się tam być :) Dwa najlepsze koncerty- zdecydowanie Hey i The Bill. Muszę też wspomnieć o moim odkryciu- The Slaves. Na początku miało nas nie być na tym koncercie, ale potem przeczytaliśmy, że jest to odkrycie brytyjskiej sceny punk-rockowej, więc jednak poszliśmy. I było niesamowicie! Na scenie tylko dwóch facetów- jeden grał na gitarze, a drugi grał na perkusji, śpiewał i biegał po scenie. Zamieszania było jak przy zwykłym, kilkuosobowym składzie. Coś niesamowitego!


Rozpoczęcie festiwalu
Podczas konceru The Slaves na niebie pojawiła się przepiękna, podwójna tęcza, na calutkie niebo!

Po powrocie z Woodstocku skupiłam się już tylko na spotkaniach z przyjaciółmi w Szczecinie. Ostatnie półtora tygodnia było przez to niesamowicie wartościowe i jak zwykle te wszystkie spotkania dodały mi mnóstwo siły, której potrzebowałam po potwornie ciężkiej dla mnie pierwszej połowie roku, a także przed nowymi wyzwaniami czekającymi na mnie w Chicago.

Finał regat Tall Ship Races w Szczecinie
Spacer z mamą zawsze na propsie ;)
A jakież to wyzwania czekały na mnie w Chicago? Przede wszystkim nowa praca, o której wiedziałam już przed wyjazdem na wakacje. W końcu całkowicie w zawodzie i już mogę otwarcie powiedzieć, że jeszcze przed ukończeniem szkoły mam już szansę pracować jako paralegal :) Za mną pierwsze trzy tygodnie i póki co całkowicie czuję, że jestem na swoim miejscu. W ogóle czuję się silna i szczęśliwa, jak już dawno się nie czułam. Mam nadzieję, że w tym momencie nie zapeszam i wszystko dalej będzie zmierzało w tak dobrym kierunku, jak zmierza od kilku tygodni. Trzymajcie kciuki! Jeszcze tylko ostatnia prosta w szkole- ostatni semestr, ostatnie trzy przedmioty i w połowie grudnia będę mogła cieszyć się ostatnimi egzaminami. Ogromna ulga! Choć jak znam siebie... pewnie za jakiś rok zatęsknię za szkołą i znów coś wymyślę ;)

I tak na szybko to tyle u mnie. Jak widzicie, mam teraz trochę zajęć, więc przyznaję szczerze, że trudno mi znaleźć czas, a niekiedy także siłę, na regularne posty. Mam jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Póki co mogę na pewno powiedzieć, że już w piątek pojawi się kolejny post, tym razem z jesiennego projektu Klubu Polki. Zapraszam Was również na Fejsbuka, tam jak zwykle jestem trochę częściej.


7/06/2017

5 rzeczy, które mogą Cię zaskoczyć w amerykańskiej restauracji

5 rzeczy, które mogą Cię zaskoczyć w amerykańskiej restauracji
     Sama już nie wiem, ile razy na tym blogu dziwiłam się, jak Stany Zjednoczone różnią się od Polski, czy w ogóle- od Europy. Dziś na tapet biorę kolejne róznice, tym razem związane z restauracjami. Oczywiście, sytuacja w Polsce zmienia się bardzo szybko, biznes restauracyjny zaczyna rozumieć zasady konkurencji, wolnego rynku i walki o konsumenta, a w związku z tym na pewno pojawią się komentarze, że niektóre z poruszonych przeze mnie elementów można znaleźć także nad Wisłą. I wcale nie przeczę! Jednak to, co w Polsce dopiero raczkuje, w Ameryce dawno temu zagościło się już na dobre. Zapraszam Was więc na krótką opowieść o kilku różnicach, które przykuły moją uwagę już na samym początku mojej amerykańskiej przygody.

wnętrze jednej z restauracji Longhorn Steakhouse

Woda za darmo. Zacznijmy od samego początku restauracyjnego doświadczenia. Siadamy przy stoliku, najczęściej doprowadzeni tam przez kogoś z obsługi, przychodzi kelner i daje gościom karty. Często zdarza się, że jeszcze przed złożeniem zamówienia zostaniemy poczęstowani szklanką wody. W innych restauracjach woda nie jest oferowana bez zamówienia, ale jeśli zechcemy zamówić wodę, to nie zostanie ona doliczona do rachunku. Ale uwaga- najczęściej jest to zwykła kranówka, ewentualnie przefiltrowana. Co za tym idzie- często jej smak pozostawia wiele do życzenia. Jeśli natomiast zamówimy wodę butelkowaną, zazwyczaj kosztuje ona przysłowiowe "grosze", czyli w okolicach dolara. Pamiętam, że był to dla mnie szok po doświadczeniach z Polski, gdzie woda w restauracji niejednokrotnie kosztuje tyle, co piwo czy sok.

Czekadełko. Przyznaję bez bicia- gdyby nie Magda Gessler, nie znałabym tej uroczej nazwy. A nie jest to nic innego, jak przekąska podawana do skosztowania w oczekiwaniu na zamówione danie. Nie wszystkie restauracje oferują takie darmowe przysmaki, ale jeśli już oferują, to zazwyczaj są to różnego rodzaju chlebki, bułeczki, ciasteczka i tym podobne smakołyki. Zazwyczaj bardzo smaczne i... niestety sycące. Na zdjęciu poniżej jedne z moich ulubionych- serowe bułeczki podawane w restauracjach Red Lobster.


Wielkie porcje. Rozmiar porcji w amerykańskich restauracjach był dla mnie na początku przerażający. Napoje podawane w półlitrowych szklankach, w dodatku często obejmujące darmową dolewkę; obiady serwowane w takiej ilości, że nie sposób połowy nie zapakować na wynos. Z czasem się przyzwyczaiłam i teraz... śmiesznie małe wydają się dla mnie porcje serwowane w Polsce! Sok w szklance 0,2l? I co ja mam z tym niby zrobić? Ale tak mówiąc serio, to wielkie porcje, które mogą wydawać się plusem, związane są też ze sporym minusem- ogromem marnowanego każdego dnia jedzenia. Ale to już temat na oddzielny post. Natomiast pozostając w temacie dzisiejszego posta- jesli pójdziecie do amerykańskiej restauracji, to chyba nie ma opcji, żebyście wyszli stamtąd głodni.

Obsługa na najwyższym poziomie. I nawet nie mam na myśli ślicznych, skąpo ubranych kelnerek, które są wizytówką barów Hooters. Myślę tu o tych wszystkich szeroko uśmiechniętych, profesjonalnych kelnerkach i kelnerach, którzy potrafią doradzić, dbają przez cały czas, by na stole niczego nie brakowało, a na paragonie potrafią narysować serduszka, palmy, czy co tam im podpowie wyobraźnia. Niby małe gesty, a jednak dzięki nim wyjście do restauracji potrafi dodać uśmiechu. Pamiętam, jak kiedyś odwiedzili nas znajomi z Polski. Był to ich pierwszy raz w Ameryce, a my na śniadanie postanowiliśmy zabrać ich do znanej śniadaniówki IHOP. Trafiła nam się jeszcze sympatyczniejsza kelnerka niż zazwyczaj, a nasi znajomi długo pozostali pod wrażeniem obsługi i bardzo miło wspominali zarówno jedzenie, jak i kelnerkę.


Wliczony napiwek. No i na koniec czas na element, którego szczerze nie lubię- wliczone do rachunku napiwki. Nie zrozumcie mnie źle- nie mam nic przeciwko napiwkom samym w sobie! Jeśli obsługa była nienaganna, a tak najczęściej jest w Ameryce, to moim zdaniem napiwek się należy. Problem w tym, że w niektórych restauracjach obowiązuje zasada, że napiwek automatycznie doliczany jest do rachunku. I to wcale nie 5 czy 10 procent, ale nawet 18. Taka sytuacja zdarzyła mi się jednak jedynie kilkukrotnie, więc nie obawiajcie się tego zbytnio przylatując do USA. Ale uwaga! W większości restauracji panuje zasada, że jeśli przychodzi grupa co najmniej 6 znajomych (niekiedy próg wynosi 8 osób), to napiwek w wysokości 16-18% również doliczany jest automatycznie do rachunku. Zazwyczaj informacja o takiej regulacji znajduje się zapisana małym druczkiem gdzieś na dole menu.


I co myślicie o tych wszystkich odmiennościach restauracyjnych? 
A może i w Polsce są to już zjawiska, które występują na porządku dziennym? 
Mieszkańcy USA- co jeszcze Was zaskoczyło w amerykańskich restauracjach?


_________________________________________________________________________________________

Lubisz tematy gastronomiczne? TUTAJ znajdziesz ich więcej!

___________________________________________


6/29/2017

8 ciekawostek o Dniu Niepodległości, które warto znać

8 ciekawostek o Dniu Niepodległości, które warto znać
     Czwartego lipca przypada najważniejsze święto w amerykańskim kalendarzu- Dzień Niepodległości. Każdy na pewno zna tę datę choćby ze słyszenia, bo nie oszukujmy się- amerykańska kultura dość mocno zakorzeniona jest w europejskiej, a może i światowej świadomości. A właśnie! Jeśli mielibyście teraz na chwilę zamknąć oczy i pomyśleć, z czym kojarzy Wam się ten dzień, to co by to było? Dajcie znać w komentarzach, a ja już zapraszam Was na kilka ciekawostek, kóre mam nadzieję pozwolą Wam nieco zweryfikować swoje wyobrażenia o amerykańskim Dniu Niepodległości, a także dostarczą interesujących informacji, którymi, kto wie, może uda się kiedyś zabłysnąć w towarzystwie?

Data. Dzień Niepodległości obchodzony jest dla upamiętnienia dnia, w którym podpisano dokument nazwany Deklaracją Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Jak sama nazwa wskazuje była to... deklaracja niepodległości, a konkretnie niepodległości pierwszych 13 kolonii, nazywanych stanami założycielskimi, od Wielkiej Brytanii. Dzień ogłoszenia Deklaracji, czyli 4 lipca 1776 roku, uznawany jest za początek Stanów Zjednoczonych. A to oznacza, że w tym roku przypadają już 241. urodziny! Jeszcze w temacie podpisywania Deklaracji- w rzeczywistości był to proces kilkutygodniowy i zakończenie podpisywania nastąpiło dopiero w sierpniu. 4 lipca deklarację podpisało tylko dwóch sygnatariuszy.

Howard Chandler Christy, Scene at the Signing of the Constitution of the United States, 1940
Miejsce. Deklaracja Niepodległości podpisana została w Filadelfii, w stanie Pennsylwania. Aktualnie budynek, w którym dokonało się to przełomowe wydarzenie, mieści w sobie muzeum i udostępniony jest za darmo dla turystów, trzeba jedynie wczesniej odebrać darmowy bilet wstępu (więcej o zwiedzaniu Independence Hall pisałam TUTAJ). Co ciekawe, w tym samym budynku w 1787 roku podpisano Konstytucję Stanów Zjednoczonych- pierwszy na świecie tego typu dokument. A Polska była druga, ale to pewnie wiecie ;)


Sala, w której podpisano Deklarację Niepodległości. Jeśli spojrzycie na obraz powyżej, dostrzeżecie, że wnętrze zostało świetnie zachowane!

Święto narodowe. Święto Niepodległości nieoficjalnie obchodzono już od 1777 roku, czyli rok po ogłoszeniu Deklaracji, jednak oficjalnym świętem państwowym 4 lipca został uznany dopiero w 1870 roku, czyli prawie po 100 latach. A kolejnych 60 lat zajęło, by był to nie tylko dzień wolny dla urzędników państwowych, ale także dzień wolny płatny.

Sygnatariusze. Deklaracja podpisana została przez 56 mężczyzn z 13 kolonii. Średnia wieku wszystkich sygnatariuszy wynosiła 45 lat, przy czym najstarszy z nich- Benjamin Franklin (nota bene człowiek wykształcony w wielu dziedzinach, a także wynalazca między innymi piorunochronu), miał w tym czasie 70 lat. Skoro mówimy już o Franklinie to warto wspomnieć, że gdyby przeszła jego propozycja, to ptakiem-symbolem narodowym nie byłby bielik amerykański, a... indyk. A skoro już mówimy o sygnatariuszach, to dwóch z nich: John Adams i Thomas Jefferson, sprawowało w późniejszym czasie urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Obu panów łączyła jeszcze jedna rzecz- data śmierci. 4 lipca 1826 roku. Tak, nie pomyliłam się- 4 lipca.

Ludność. W 1776 roku, świeżo narodzone Stany Zjednoczone liczyły około 2,5 miliona mieszkańców. Dziś kraj zamieszkuje około 326 milionów osób, co plasuje USA na trzeciej pozycji krajów pod względem liczby ludności na świecie!

Flaga. Wraz z powstaniem kraju, powstała też flaga narodowa. Początkowo była to flaga składająca się z 13 białych i czerwonych pasów oraz 13 białych gwiazdek na niebieskim tle. Gwiazdy miały symbolizować wszyskich trzynaście kolonii, które wstępowały do unii, a ich kolisty układ miał wskazywać na równorzędność każdej z nich. Brzmi znajomo? ;) Od tamtego czasu flaga przeszła 26 modyfikacji w liczbie i układzie gwiazdek i aktualnie liczy ich 50, czyli tyle, ile jest stanów. Ostatnia zmiana w wyglądzie flagi miała miejsce w 1960 roku, kiedy do Stanów Zjednoczonych dołączyły Hawaje. Oznacza to, że aktualnie obowiązujący wzór ma już 57 lat! Ale kto wie, może niebawem nastąpią zmiany? Może Puerto Rico stanie się 51. stanem?

Fajerwerki. Fajerwerki są najpopularniejszym i chyba najbardziej kojarzonym z Ameryką sposobem świętowania Dnia Niepodległości. Niemal w każdym większym mieście wieczorem w Dzień Niepodległości organizowane są miejskie pokazy sztucznych ogni. Święto amerykańskie, ale zysk... chiński. Szacuje się bowiem, że Stany Zjednoczone importują z Chin fajerwerki o wartości ponad 200 milionów dolarów. Ba! Również flagi narodowe, tak dumnie rozwieszane przez Amerykanów przed domami, to zysk dla Chin. Na przykład w 2012 roku, ponad 3,5 miliona amerykańskich flag wykonanych zostało w Państwie Środka.


Barbecue. Równie popularnym jak pokazy fajerwerków sposobem na świętowanie Dnia Niepodległości jest grillowanie. Wszystko jedno czy na przydomowym ogrodzie w gronie przyjaciół, na pikniku w parku czy na miejskim festynie. Popularne są skrzydełka, żeberka, a także hot dogi, których tego dnia zjadanych jest jakieś... 150 milionów! Gdyby wszystkie je ułożyć w linii, wystarczyłoby na połączenie Waszyngtonu z Los Angeles. Pięć razy.

I na koniec ostatnia szybka ciekawostka. Hot dog na zdjęciu powyżej jest pięknym przykładem posiłku na 4th of July. Ale coś Wam poradzę- nie proście o takiego w Chicago, bo popełnicie kulinarne faux-pas. Nigdy, powtarzam nigdy w życiu, nie proście w Chicago o hot doga z keczupem. Kropka.

A teraz już nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim świętującym jak najradośniejszego Dnia Niepodległości. Bo w Ameryce właśnie tak obchodzi się to święto- rodzinnie i z uśmiechem na twarzy.


6/26/2017

Kuponowy zawrót głowy

Kuponowy zawrót głowy
     Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za oceanem, żyła sobie Paulina, która napisała post o zaletach zakupów w USA. Post okazał się chętnie odwiedzany i komentowany i tylko jedna rzecz nie dawała Czytelnikom spokoju. "Dlaczego nie napisałaś o kuponach?"- dopytywali Czytelnicy, a Paulina odpowiadała, zgodnie z prawdą, że kupony to szeroki temat i że na pewno wkrótce powstanie o nich oddzielny post. Lata mijały, a post nie powstawał. Aż zdarzył się cud i oto jest- krótki i skondensowany post o kuponach i jak z nich korzystać. Zapraszam!


     Na początek kilka słów tytułem wstępu. Po pierwsze, w Ameryce istnieje mnóstwo rodzajów kuponów zniżkowych i bardzo łatwo je znaleźć czy dostać, o czym za chwilę. Po drugie, bardzo często kupony i promocje w sklepach łączą się, dzięki czemu zaoszczędzić można jeszcze więcej. Po trzecie, zawsze przed dokonaniem zapłaty upewnijcie się, czy gdzieś tam w szeroko pojętej przestrzeni nie ma kuponu zniżkowego, bo na jakieś 75% jest. Czasem zaoszczędzicie raptem kilkadziesiąt centów, innym razem sporo dolarów. A teraz już do rzeczy, czyli skąd się biorą kupony?

Kupony w oddzielnych gazetkach. W Ameryce bardzo często w swojej skrzynce pocztowej można znaleźć bezpłatne gazetki składajace się z samych tylko kuponów. Zazwyczaj są to kupony do lokalnych sklepów, retauracji i centrów handlowych.

Kupony w prasie. W tradycyjnej prasie również bardzo często znaleźć można kupony zniżkowe. Zazwyczaj są to promocje na produkty związane z tematyką magazynu, na przykład w czasopismach kobiecych znajdują się próbki kosmetyków wraz z dołączonymi kuponami, zazwyczaj z dość długą datą ważności.

Kupony przez email. Znakomita większość sklepów oferuje opcję zapisania się na newslettera lub do bezpłatnego programu lojalnościowego. O ile nie trafiliście do danego sklepu przypadkiem i nie planujecie tam nigdy więcej robić zakupów, to zdecydowanie warto się zapisać. Zazwyczaj wystarczy podać jedynie imię i adres email, i już wkrótce na naszą skrzynkę zaczną przychodzić oferty z danego sklepu. Czasem będą to jedynie informacje o nowych produktach i aktualnych promocjach, a czasem całkiem korzystne kupony, typu "spend $100, save $20" albo coś podobnego. Co ważne, w tego typo promocjach kwota "wydana" od której nalicza się rabat to kwota przed podatkiem. O podatkach płaconych przy kasie wspominałam krótko TUTAJ.


Kupony zniżkowe na internecie. Jedna z najprostszych form uzyskania kuponu. Wystarczy wejść na google, wpisać frazę "[nazwa sklepu] coupon" i jest bardzo prawdopodobne, że coś się znajdzie. Oczywiście, nie wszystkie wyniki wyszukiwania i kupony okażą się prawdziwe, ale bardzo często można trafić na jakiś miły kupon 10% off. Swego czasu, gdy jeszcze zdarzało zamawiać mi się jedzenie z Pizza Hut, zawsze przed uiszczeniem zapłaty szukałam kuponu i zazwyczaj znajdowałam ofertę na kilka dolarów. Niby nie wiele, a jednak zawsze coś.

Kupony przysyłane ze sklepów. Jak już wspomniałam, zazwyczaj warto zapisywać się do sklepowych programów lojalnościowych. Nie tylko robiąc zakupy zbieramy punkty, które z czasem zamienić będzie można na kilkudolarową zniżkę, ale bardzo często można również liczyć na dodatkowe kupony zniżkowe. Ba! Czasem nawet dostaje się coś za darmo! Jak na przykład w Bath & Body Works czy Victoria's Secret, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Z BBW mniej więcej raz na dwa miesiące dostaję kupon na darmowy kosmetyk w wersji podróżnej, a z VS przez długi czas z podobną częstotliwością dostawałam kupony na darmowe majtki. Aż wyrobiłam u nich kartę kredytową, i kupony się skończyły, choć nie wiem, czy jest to bezpośrednio powiązane.


Kupony dla posiadaczy kart kredytowych. Skoro już wspomniałam o sklepowych kartach kredytowych, to krótko rozwinę ten temat. W Stanach Zjednoczonych wiele sklepów oferuje swoje własne karty kredytowe- ważne tylko w danej sieci. Czy opłaca się je wyrabiać? Moim zdaniem to zależy. Jeśli w danym sklepie kupujecie często i sporo, to się opłaca- często dostaje się dodatkowe zniżki, a ponadto, podobnie jak przy zwykłych programach lojalnościowych, zbiera się punkty, które potem można wymienić na rabat. Jeśli natomiast w danym sklepie bywacie tylko okazjonalnie, to moim zdaniem nie warto zaśmiecać sobie konta kredytowego dodatkową kartą, która tylko będzie leżała nieużywana w szufladzie. No chyba, że robicie spore zakupy (na przykład w sklepie meblowym), a sklep oferuje korzystny upust na pierwsze zakupy opłacone ich kartą kredytową, co zdarza się dość często. Jednym ze sklepów, do których moim zdaniem opłaca się mieć kartę kredytową, jest sieciówka Kohl's. Jest to sklep, w którym można kupić przede wszystkim odzież, ale także zabawki, kosmetyki czy artykuły gospodarstwa domowego. Posiadacze karty kredytowej nie tylko otrzymują regularne rabaty między 10 a 30 procent, ale także często mogą liczyć na ofertę "wydaj 50 dolarów, dostaniesz 10 dolarów na kolejne zakupy". Moim zdaniem opłaca się bardzo.

Kupony na paragonach.Wydaje Wam się, że skoro już opłaciliście swoje zakupy, to Wasza relacja ze sklepem się kończy? Nic bardziej mylnego! W wielu sklepach, na przykład CVS czy Kmart, na paragonie otrzymujemy zniżki na kolejne zakupy. Czasem jest to po prostu rabat typu "10% off", innym razem rabat na konkretne produkty, na przykład $2 off na zestaw maszynek do golenia konkretnego producenta. Warto spojrzeć na te kupony przed wyrzuceniem paragonu, bo może się okazać, że akurat zechcemy z czegoś skorzystać. Kolejna kwestia to kupony zniżkowe dołączane do paragonu do... zaprzyjaźnionych sklepów. Przyznam, że dopiero ostatnio zauważyłam, że robiąc zakupy w centrach outletowych w niektórych sklepach, dostaje się właśnie tego typu zniżki, ważne tylko na jeden dzień. Na przykład po zakupach w sklepie Calvin Klein otrzymałam taki pliczek:



Groupon, Living Social i inne zakupy grupowe. Zakupy grupowe na portalach typu groupon są powszechnie znane także w Polsce, więc nie będę poświęcać im dużo uwagi. Napomknę tylko, że tak, w USA też to działa i to całkiem prężnie. Polecam szczególnie zniżki na usługi, atrakcje turystyczne i restauracje.

Aplikacje na telefon. Oczywiście, że w naszych czasach nie może również zabraknąć specjalnych aplikacji na telefon. Jest ich mnóstwo, są darmowe, a po ich zainstalowaniu dostaniemy dostęp do całej bazy aktualnych zniżek w setkach sklepów. Jak ktoś często robi zakupy i ma czas na zapoznawanie się z ofertami to zdecydowanie polecam.

     Jak widzicie, rodzajów kuponów w USA jest całe mnóstwo i naprawdę opłaca się z nich korzystać. Istnieje nawet specjalny ruch nazywany "couponing", gdzie ludzie wymieniają się doświadczeniami i radami jak najlepiej korzystać z kuponów, jak je łączyć i gdzie szukać najlepszych ofert i promocji. Niekiedy przy kasach w supermarketach można spotkać gospodynie domowe, które ze swoich pękatych segregatorów wyjmują przygotowane pliki kuponów. Powstają na ten temat filmy, artykuły, a nawet oddzielne strony i blogi. No bo skoro można zaoszczędzić, to dlaczego z tego nie skorzystać?


6/01/2017

Jacy (nie) są Amerykanie? 5 najpopularniejszych stereotypów

Jacy (nie) są Amerykanie? 5 najpopularniejszych stereotypów
     Przyznam szczerze, że przed moim przylotem do USA właściwie nie interesowałam się tym krajem. Moja wiedza na temat Ameryki była bardzo podstawowa, a na liście miejsc do zobaczenia w przyszłości Stany plasowały się daleko poza czołówką. Nie da się jednak ukryć, że w Polsce dość popularna jest amerykańska popkultura, a właściwie od zawsze ktoś miał rodzinę w USA, więc i słyszał jakieś opinie o Ameryce i Amerykanach. I o ile przeciętny Polak zapytany o to, co sądzi o mieszkańcach Trynidad i Tobago, raczej nie miałby za wiele do powiedzenia, o tyle zapytany o mieszkańców Stanów Zjednoczonych z pewnością pociągnąłby temat. Pytanie tylko, na ile dzieliłby się swoimi opiniami, a na ile popularnymi stereotypami, których Amerykanie doczekali się całe mnóstwo? Dziś postanowiłam rozprawić się z pięcioma najpopularniejszymi moim zdaniem stereotypami na temat Amerykanów. Wiadomo, stereotypy nie biorą się zazwyczaj z powietrza, ale jest w nich ziarno prawdy. Więc zobaczmy, gdzie na tym jednym ziarnie się skończyło, a gdzie uzbierała się ich cała górka. 



1. Amerykanie są głupi.

     Wydaje mi się, że jest to absolutny numer jeden w kategorii stereotypów o Amerykanach. Ba! Nawet kilkukrotnie zostałam zapytana wprost, gdy odwiedzałam Polskę, czy "Amerykanie naprawdę są tacy głupi". Wydaje mi się, że ten sterotyp ma aktualnie swoje źródło w dwóch miejscach: w amerykańskich komediach (typu "American Pie") i programach rozrywkowych (typu "Jerry Springer"), oraz w filmikach na Youtube, które obnażają niewiedzę Amerykanów. Tylko z tymi źródłami jest pewien problem: Polska również ma swoje głupie komedie (chociażby "Wyjazd integracyjny"), ma także swój kanał "Matura to bzdura", gdzie obnażona jest niewiedza Polaków. Moim zdaniem równanie jest proste- wszędzie są ludzie mądrzy i głupi. Tyle że Ameryka jest ogromna, a amerykańska popkultura jest obecna dosłownie wszędzie, więc może tę amerykańską głupotę widać po prostu bardziej. 
       Z mojego sześcioletniego doświadczenia mieszkania w USA mogę powiedzieć, że spotkałam Amerykanów zarówno bardzo inteligentnych, jak i tak głupich, że nie wiem jakim cudem są w stanie funkcjonować w świecie. Co jednak muszę przyznać, Amerykanie są zazwyczaj wykształceni w dużo węższym zakresie niż Polacy. Wynika to z systemu edukacji. Podczas gdy w Polsce uczniowie aż do końca liceum są kształceni właściwie we wszystkich kierunkach (nawet idąc do klasy profilowanej, i tak ma się wszystkie przedmioty w jakimś zakresie), o tyle w Ameryce już w najmłodszych uczniach stara się wykryć ich predyspozycje i kształcić z naciskiem na kierunek predyspozycji. Moim zdaniem każdy system ma swoje wady i zalety, ale nie ma co ukrywać, że przeciętny Polak ma większą wiedzę ogólną niż przeciętny Amerykanin. Wydaje mi się również, że Polacy mają większe predyspozycje do samodzielnego rozwiązywania problemów, co może wynikać zarówno z trudnej historii naszego kraju, jak i znowu- z systemu edukacji. W Polsce po prostu trzeba sobie radzić, w szkole nikt ucznia nie będzie prowadził za rączkę. Natomiast w Ameryce ludzie są przyzwyczajeni, że w pewien sposób wszystko jest im podane na tacy. Przykład z mojej szkoły- jeden, choć mogłabym je mnożyć. Na jednych zajęciach mieliśmy zadanie domowe- wybrać się do czytelni na kampusie i w odpowiednich encyklopediach i rocznikach prawniczych znaleźć konkretne informacje. Przed kolejnymi zajęciami połowa klasy była oburzona- że co to w ogóle za zadanie, że nie zostało wytłumaczone, że oni w ogóle nie wiedzieli co mają z tym zrobić. Nie mam pojęcia, co mogłoby wymagać wytłumaczenia. Na którym piętrze jest czytelnia?

2. Amerykanie są grubi.

     W tym stereotypie zdecydowanie jest bardzo dużo prawdy. Oczywiście, nie wszyscy Amerykanie są grubi. Wielu Amerykanów bardzo dba o swoją sylwetkę, odżywia się zdrowo i uprawia regularnie sport. Ale prawdą jest, że Ameryka znajduje się w czołówce najbardziej otyłych państw świata i aż 35% Amerykanów cierpi na otyłość. Mało tego, problem ten postępuje i z roku na rok jest coraz większy, co wyraźnie widać na mapkach poniżej.


Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy przyleciałam do USA byłam w ogromnym szoku, widząc tak wiele tak bardzo otyłych osób. Przecierałam oczy widząc osoby tak otyłe, że dosłownie potrzebowały dwóch miejsc w autobusie, czy też poruszające się specjalnymi pojazdami, a w sklepie pakujące do wózka coca-colę, chipsy i mrożone hamburgery. Osoby nazywane w Polsce "grubasami", tutaj mogłyby spać spokojnie, bo byłyby raczej w dolnej granicy. Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, jakim cudem Amerykanie "roztywają" się do takich rozmiarów. I w ogóle nie łykam tych głupot, że pewnie to z powodu choroby. Oczywiście, otyłość prowadzi do bardzo poważnych chorób, ale nie wierzę, że aż 35% populacji ma choroby hormonalne czy jakieś inne, które to doprowadziły je do otyłości. W moim odczuciu jest to zwyczajnie lenistwo i zła dieta, wpajana już od dziecka. Tak, to prawda- dla wielu Amerykanów McDonald's jest na porządku dziennym.


3. Amerykanie są zawsze uśmiechnięci.

     Na pewno nie zawsze, czasem też się smucą lub denerwują. Ale zgadzam się, że uśmiechu w Ameryce jest zdecydowanie więcej niż w Polsce. Uśmiechają się obcy ludzie na ulicy, uśmiechają się ekspedientki. Jest jakoś tak milej, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że ten uśmiech jest poniekąd wymuszony na przykład przez rodzaj wykonywanej pracy. Wydaje mi się, że z tym uśmiechem łączy się jeszcze jedno zjawisko- szacunek do drugiej osoby. Przez tych kilka lat w Ameryce nigdy nie zdarzyło mi się, by sprzedawca był nieuprzejmy, a lekarz arogancki. Wręcz przeciwnie- sprzedawcy zazwyczaj upewniają się kulturalnie, czy "everything is ok" oraz czy znaleźliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy, natomiast lekarze delikatnie i ze zrozumieniem obchodzą się z pacjentami. I jeszcze jedna rzecz. Mam wrażenie, że bezinteresowny uśmiech jest w Ameryce tak zakorzeniony, że jego brak może być odebrany jako... niegrzeczność i gburowatość.
 
4. Amerykanie to patrioci

      Szczerze mówiąc mam bardzo mieszanie uczucia co do tej tezy. No bo z jednej strony na każdym kroku powiewa amerykańska flaga, ba! flaga amerykańska jest dosłownie na wszystkim: strojach kąpielowych, skarpetkach, ręcznikach, kubkach, długopisach... Każdy Amerykanin prawdopodobnie zna również doskonale hymn narodowy, głównie dlatego, ze jest on odgrywany między innymi przed wszystkimi ważniejszymi wydarzeniami sportowymi. Amerykanie są także dumni ze służby w wojsku, a także z samego faktu, że są Amerykanami. Kiedy przychodzi do świętowania Dnia Niepodległości, cały kraj przyodziewa narodowe barwy i bawi się radośnie grillując żeberka. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że ten patriotyzm jest nieco powierzchowny, że to tylko taka ciepła kołderka, pod którą niewiele się skrywa. Że może przeciętny Amerykanin potrafiłby wyrecytować wszystkich prezydentów, ale niekoniecznie powiedziałby coś więcej. Ale może te moje obiekcje wynikają z tego, że nasz polski patriotyzm jest utożsamiany z czymś zupełnie innym? My mamy długą i bogatą historię; wiele, jako naród, razem przeszliśmy. Z tego też powodu wiele nas łączy, a przywiązanie do Polski często wręcz wysysamy z mlekiem matki. Tak sobie myślę, że polski patriotyzm i amerykański patriotyzm to dwa zupełnie różne patriotyzmy. Czy któryś jest lepszy od drugiego? Raczej nie, każdy zwyczajnie wyrósł w innych warunkach, to i objawia się inaczej. No i w końcu- kto daje nam prawo, by oceniać patriotyzm innej osoby?


A jak samych siebie postrzegają pod tym kątem Amerykanie? Ciekawe statystyki możecie przeczytać na przykład TUTAJ, a poniżej dwa najciekawsze moim zdaniem wykresy:




5. Amerykanie uwielbiają broń 

     Fakt, uwielbiają. Uwielbiają na tyle, żeby prawo do posiadania broni zawrzeć w jednej z poprawek do Konstytucji. Co ciekawe, druga poprawka, w której zawarte jest prawo do posiadania broni, została uchwalona w 1791 roku, czyli w kompletnie innej epoce. Myślę, że również ratio legis było inne niż to, które przyświecałoby prawodawcom w naszych czasach. Nie zmienia to faktu, że Amerykanie prawo do posiadania broni często utożsamiają ze swoją wolnością. Co również interesujące, mimo iż prawo do posiadania broni jest prawem krajowym (z racji zawarcia go w Konstytucji Stanów Zjdnoczonych), to każdy stan doprecyzowuje to prawo w nieco innyc sposób. Na przykład inne mogą być wymagania do zrobienia licencji, kupna broni, czy noszenia jej w miejscach publicznych.
Jak zwykle- nie wszyscy są fanami broni palnej, ale jednak Ameryka pod względem liczby posiadanej broni bije inne kraje na głowę. Spójrzcie sami:


Co ciekawe, pomijając sytuacje typu gangsterskie porachunki (których nota bene pełno na ulicach Chicago, o czym pisałam na przykład TUTAJ), broni za bardzo na ulicach nie widać. O broni też się jakoś specjalnie dużo nie rozmawia, a jednak wiadomo, że ona gdzieś "tam" jest. Chociaż przypuszczam, że w południowych stanach, na przykład Teksasie, broń może być bardziej widoczna na co dzień.


A jakie Wy macie zdanie na temat stereotypów o Amerykanach? Może znacie inne, dziwne, zabawne albo drażniące? Ja na dziś wybrałam pięć moim zdaniem najpopularniejszych, ale z chęcią dodam kolejne posty, w których tłumaczyć będę kolejne stereotypy, co Wy na taki minicykl?


Dzisiejszy post powstał we współpracy z Klubem Polki na Obczyźnie. Przez cały miesiąc dziewczyny z najróżniejszych zakątków świata będą pisały o tym, jak zmieniło się ich postrzeganie kraju, w którym mieszkają obecnie. Jeśli jesteście ciekawi, koniecznie zajrzyjcie TUTAJ.

5/28/2017

Jak wygląda studiowanie online i czy warto?

Jak wygląda studiowanie online i czy warto?
      System polskiej i amerykańskiej edukacji wyższej to dwa różne światy. Zaczynając od rozkładu zajęć, przez podejście profesorów do studentów, aż na opłatach za szkołę kończąc. O niektórych zagadnieniach wspominałam już nieco we wcześniejszych postach z kategorii edukacja w USA. Dziś natomiast postanowiłam opowiedzieć trochę o moich doświadczeniach z edukacją online, której w minionym semestrze miałam okazję zaznać po raz pierwszy. Uprzedzam, że będzie to dość długi post, ale zależało mi, by jak najbardziej wyczerpać temat. Oczywiście, jeśli coś budzi Wasze wątpliwości- pytajcie.
       Jak wiecie z wcześniejszych postów, w Stanach Zjednoczonych studiuję kierunek paralegal. Nie jest to wciąż zawód popularny w Polsce, a możliwe również, że osoby nie obracające się w kręgach prawniczych słyszą tę nazwę po raz pierwszy. Mówiąc w skrócie, paralegal jest to na przykład asystent adwokata, tworzący dla niego pisma procesowe, wspomagający pracę kancelarii asystujący w różnych codziennych obowiązkach kancelarii. Paralegal  może być również zatrudniony w sądach, urzędach i tym podobnych instytucjach. Jednak nie o zawodzie paralegal chciałam dziś pisać, a o studiowaniu online z mojej perspektywy. Przy okazji podkreślam, że dzisiejszy post powstaje w całości w oparciu o moje własne doświadczenia. Może się więc zdarzyć, że na innej uczelni, na innym kierunku, czy też w innym stanie, sytuacja będzie się nieco różnić.


      Zanim przejdę do samego studiowania online, jeszcze kilka zdań tytułem wstępu, w szczególności dla osób, które nigdy wcześniej nie spotkały się z tematem amerykańskiej edukacji wyższej. Otóż w Ameryce jest tak, że student sam sobie ustala plan zajęć. Oczywiście, dla ukończenia danego kierunku wymagane jest zaliczenie pewnej puli konkretnych przedmiotów, ale student samodzielnie może sobie rozplanować ile i jakie przedmioty chce w danym semestrze studiować.  Zazwyczaj przedmioty dzielą się na dwie grupy: general education oraz przedmioty zawodowe. W moim przypadku, do uzyskania tytułu associate wymaganych było 8 przedmiotów z grupy general education (np. angielski, informatyka) oraz 13 przedmiotów zawodowych (np. prawo rodzinne, prawo karne). W minionym semestrze postanowiłam trochę przyspieszyć moją edukację i zapisałam się aż na sześć przedmiotów, z czego trzy (informatykę, nauki społecznie i francuski) zdecydowałam się studiować online- głównie dla oszczędności czasu. 

JAK WYGLĄDA STUDIOWANIE ONLINE?

     W przypadku mojego kierunku sytuacja wygląda tak, że jedynie niektóre przedmioty z grupy general education można studiować w trybie online. Mimo wszystko, jest to duże ułatwienie. Przez cały semestr komunikujemy się z nauczycielem i innymi studentami w naszej grupie, a także oddajemy wszystkie zadania, rozwiązujemy quizy i egzaminy przez Internet, a konkretnie przez system blackboard, czyli uczelniany portal, gdzie każdy student ma swoje konto. Obiło mi się o uszy, że zostało to również wprowadzone w Polsce. Czasem może zdarzyć się tak, że nauczyciel będzie wymagał, by któryś z egzaminów napisać na uczelni- w tym celu trzeba zapisać się na konkretny termin i egzamin napisać przy komputerze w wyznaczonej sali. Wszystkie inne egzaminy roziwązuje się z domu i siłą rzeczy są to egzaminy "open book, open notes", czyli można korzystać z wszelkich pomocy naukowych. Przeczuwając pytania odpowiem- tak, w praktyce rodzi to pole do nadużyć; na przykład ktoś inny może rozwiązać za Was test, co oczywiście nie jest oficjalnie dozwolone. Sam proces studiowania wygląda tak, że na każdy tydzień zadana jest porcja materiału, którą student musi przestudiować samodzielnie, a następnie wykonać zadaną aktywność dotyczącą "przerobionego" materiału, np. napisać esej, rozwiązać quiz, czy wypowiedzieć się na tablicy dyskusyjnej. Dodam jeszcze, że studia w Ameryce różnią się od tych w Polsce także pod względem rozkładu materiału. Podczas gdy w Polsce zazwyczaj jedyna ocena to ocena z egzaminu końcowego z danego przedmiotu, to w Ameryce pracuje się przez cały semestr i zdobywa się punkty, z których potem wyliczana jest ocena końcowa. Punkty zyskuje się na przykład przez odrabianie cotygodniowych zadań, pisanie quizów i egzaminów, aktywność, itp. W przypadku przemiotów online, zazwyczaj ma się tydzień na ukończenie konkretnego zadania, a potem punkty przepadają. Ciekawą sprawą w przypadku studiowania online są tak zwane live sessions, czyli sesje na żywo z nauczycielem. W moim przypadku z każdego przemiotu były trzy takie sesje: na początku semestru, w środku, i tuż przed egzaminami końcowymi. Podczas takich spotkań nauczyciel zazwyczaj rozwiewa wątpliwości techniczne, ale także omawia problematyczne zagadnienia, jeśli jest taka potrzeba. Sesje są nagrywane i studenci, którzy nie mogli w nich uczestniczyć, mogą je odtworzyć w dogodnym dla siebie czasie.



JAKIE SĄ PLUSY STUDIOWANIA ONLINE?
  • Oszczędność czasu
     Jak wspomniałam, moim głównym motywem do studiowania online była oszczędność czasu. Oczywiście, od profesorów usłyszycie, że tak wcale nie jest, i że na klasy online poświęca się tyle samo czasu co na tradycyjne studiowanie. Moim zdaniem to nie jest prawda, szczególnie jeśli ktoś potrafi się dobrze zorganizować.
  • Synchronizacja 
Ważnym plusem dla mnie jest również możliwość wykonywania zadań w wygodnym dla nas czasie. Mam wolne popołudnie? Super, zrobię quiz. A w sobotę napiszę esej. Ważne jedynie, by wszystkie zadania oddać w wyznaczonym terminie. Przy dużej aktywności taka swoboda jest naprawdę dużym ułatwieniem..
  • Możliwość prześlizgnięcia się po materiale
Jest to plus szczególnie w przypadku przemiotów, które zbytnio nas nie interesują, a są wymagane przez program, czyli w rzeczywistości- większość przedmiotów general education. Podam Wam przykład, jak to wyglądało u mnie w przypadku nauk społecznych (social science). Generalnie dziedzina jest interesująca, ale nie miałam ochoty zagłębiać się w nią akurat w tym momencie i w takim trybie, więc sprowadziło się do tego, że właściwie w ogóle nie czytałam podręcznika, a jedynie wyszukiwałam odpowiedzi na pytania w quizach albo czytałam tylko te podrozdziały, do których odwoływał się temat zadanego eseju. Reszta pozostała nieruszona, co nie przeszkodziło mi skonczyć z oceną A.

JAKIE SĄ MINUSY STUDIOWANIA ONLINE?
  • Nauczyciele są często bezużyteczni 
Często, ale nie zawsze. Na moje trzy przedmioty online, tylko jeden nauczyciel (od francuskiego) był szczerze zaangażowany i bardzo pomocny. Szczerze mówiąc, był to jeden z lepszych nauczycieli jakich kiedykolwiek miałam. Natomiast nauczycielki od nauk społecznych i informatyki były całkowicie bezużyteczne, a wręcz tylko wprowadzały chaos. Na emaile z pytaniami odpowiadały tendencyjnymi regułkami typu kopiuj-wklej, zmieniały terminy oddawania zadań, mieszały daty i zakres egzaminów, nie oceniały części zadań, ale za to co chwilę zadawały coś ponadprogramowego. Szczerze mówiąc, momenatmi solidnie wyprowadzały mnie z równowagi. Wierzcie mi, w amerykańskim systemie coś takiego ta raczej wyjątek od reguły.
  • Mniejsze zrozumienie tematu
Jak napisałam w zaletach, studiowanie online pozwala nieco prześlizgnąć się po materiale. W moim przypadku był to plus, gdyż owe przemioty chciałam jedynie zaliczyć i mieć z głowy. Jednak gdyby były to ważne dla mnie przemioty, a trafiłyby się takie nauczycielki jak opisywałabym powyżej, to byłby to jednak problem.
  • Dużo bezsensownych zadań
Wspomniałam wcześniej, że w Ameryce na ocenę końcową pracuje się cały semestr, wykonując cały szereg zadań. I to jest generalnie okej, bo wspomaga systematyczność i pomaga zrozumieć temat. Problem pojawia się, gdy tych zadań jest za dużo, a ich jedynym celem jest zabranie czasu. Nie miałam tego problemu nigdy przy regularnym trybie studiowania, natomiast w trybie online tych bezsensownych zadań namnożyło się jak nigdy. To takie "zapchajdziury", żeby było z czego wystawić ocenę. Niekoniecznie są to trudne zadania, ale zazwyczaj czasochłonne, co przy moich sześciu przedmiotach było sporym utrudnieniem i powodem do frustracji. Na przykład, weźmy na tapet znów nauki społeczne. Po każdym rozdziale należało odpowiedzieć na jedno z pytań. Odpowiedź była w formie krótkiego eseju, na 500-800 słów, i zamieszczona miała być na tablicy dyskusyjnej na blackboard. I to jeszcze było nawet sensowne (pomijając fakt, że większość esejów nigdy nie doczekała się oceny). Problem był taki, że następnie należało odpowiedzieć na eseje dwóch innych osób. Były osoby, które się wczuwały, ale najczęściej owe odpowiedzi wyglądały tak:

 Czyli zero treści. Jedna odpowiedź dopasowana do każdego możliwego eseju. Wcale mnie to nie dziwi, sama tak robiłam z braku czasu. A czasem też dlatego, że Amerykanie (przynajmniej ci studenci, z którymi miałam do czynienia) fatalnie piszą. Czasem trudno się domyślić, co mają na myśli, a o błędach językowych już nie wspominając. Co szczerze mówiąc podniosło mnie trochę na duchu, bo wyszło na to, że jako imigrantka nie mam się czego wstydzić przy rodowitych Amerykanach :)

Podsumowując, jestem zadowolona z decyzji studiowania kilku przedmiotów w trybie online. Przede wszystkim zaoszczędziło mi to sporo czasu i pozwoliło połączyć szkołę z innymi obowiązkami. W moim przypadku tryb online sprawdził się bardzo dobrze, a zalety górowały nad wadami tego systemu. Nie polecam tego jednak osobom, które mają problem z organizacją czasu, prokrastynacją, czy motywacją. 


Dajcie znać, czy interesuje Was tematyka edukacji wyższej w USA. 
Jeśli tak, to może macie jakieś konkretne pytania?
 Postaram się pomóc!



Popularne posty

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger